poniedziałek, 2 listopada 2015

Mądrości z PiPZwRPG #5

Zaraz po tematach "mechanika czy odgrywanie?", "kostki czy opowieść?", "o realizmie" czy "rapier czy katana i dlaczego tylko szabla?", jest jeszcze jeden temat niezwykle często powracający niczym widmo w polskich społecznościach erpegowych. Wpływ umiejętności i zdolności społecznych z karty postaci na rozgrywkę. Dla mnie ta sprawa wydaje się oczywista: parametry są, reguły są, to stosuje się te "umiejki na blef czy uwodzenie". Ba, lubię gry ujmujące relacje społeczne w tematyce gry wraz z regułami tę tematykę wspierającą; przyjemnie mi się gra w gry o konfliktach społecznych.

Jestem jednak zdania iż niektórzy fani erpegów idą zbyt daleko, aby zadbać o poczucie "integralności" tego co widzą i słyszą (odgrywanie) z tym co gracz ma na karcie postaci. Cóż jest ważne i ważniejsze - spójność immersji z oprawą audiowizualną czy dobra zabawa wszystkich uczestników?

Jak zwykle, klasyczny zbiór cytatów. Źródło dyskusji:

Osobiście uważam, iż możliwość zagrania fikcyjnym kim się chce (oczywiście w obrębie ram występujących w danej grze) na sesji RPG jest czynnikiem zachęcającym do zabawy konkretnie w sesję RPG. Podobnie jest z grami video pozwalającymi na customizację bohatera. Celowo nie mówię iż jest to "zaleta erpegowego hobby" - granie gotowymi postaciami także ma swoje zalety.

Jednak kuriozalnym dla mnie jest to, iż w rozgrywce polegającej na stworzeniu sobie z "klocków" Bohatera Gracza w którego ktoś chce się wcielić, poparcie mają poglądy o tym, iż rzekomo należy ograniczyć dostęp gracza do części pomysłów na BG ze względu na czynniki zewnętrzne całkowicie niezwiązane z erpegową rozrywką (aktorstwo albo jego brak, osobowość z charakterem i wyglądem fizycznym gracza, ekstrawertyzm/introwertyzm, temperament gracza, etc.). Tak jakby uczestnik sesji RPG był kandydatem do zawodu aktora...

Pamiętam, kiedy trzy lata temu na spotkaniu przedkampanijnym w jakąs kampanię w Pathfindera mocno odradzano mi zastanawianie się nad klasą Bard tylko ze względu na to, iż nie jestem dobrym śpiewakiem [swoją drogą, z tej "kampanii" wyszła jedna sesja]. Siedem lat temu rozmawiałem z typem, który do sesji w D&D 3rd przyjmował wyłącznie ludzkich BG, chyba że ktoś mu udowodnił "iż potrafi prawdziwie wczuć się w elfa czy inną rasę" (tak, wczuj się w nieistniejącą istotę należącą do nieistniejącego gatunku innego niż Homo sapiens sapiens). Czułem mocny dyskomfort podczas krótkiej kampanii w nWoDa (przełom 2012/2013 roku) tylko dlatego, albowiem prywatnie nie jestem przemytnikiem, celnikiem albo funkcjonariuszem ABW; graliśmy agentami ABW do spraw "raczej nadnaturalnych", zaś moja postać jako były przemytnik i handlarz bronią otrzymała propozycję służby w ABW zamiast pójścia do paki.

Drążę ten wątek dalej. Zabranianie komuś gry daną postacią ze względu na czyjąś aparycję, osobowość, doświadczenie życiowe czy zdolności aktorskie, moim zdaniem niszczy jedną z podstawowych przesłanek dlaczego warto grać w RPG: granie fikcyjną postacią czyli tworem będącym "kimś innym" od uczestnika rozgrywki, wcielenie się w inną osobę. Za cenę zniszczenia wspomnianej przesłanki, w zamian otrzymuje się brak "zrujnowania" czyjegoś wątłego poczucia skrajnego zanurzenia w fikcji (immersji na poziomie zupełnym). Tylko tyle, moim zdaniem bilans jest mierny. To bardzo smutne, iż w erpegowym hobby ludzie stawiają pogoń za autentycznością ponad zabawę z gry kimś, kim nigdy się nie będzie. 

Problem z wczutą i wyobraźnią? Hej, niektórzy uważają iż RPG to gra wyobraźni - czyli "wyobraź sobie, iż ten jąkający się 10-latek przez cztery godziny w tygodniu jest charyzmatycznym tileańskim zwadźcą z Amnu walczącym z khadorskim okupantem". Jesli ktoś nie potrafi sobie tegowyobrazić, to ma wyłącznie problem własny (a nie rzekomo problem leży po stronie tego 10-letniego gracza).

Termin "odgrywanie" w ujęciu erpegowego hobby jest całkiem problematyczny; to nie tylko "jak dobrym aktorem jest gracz", lecz w zasadzie to jak gracz realizuje całościowo "wcielenie się w rolę", "granie przyjętą rolą, czyli postacią". Jeśli gracz mimo bycia marnym aktorem realizuje agendę swojej postaci (jej przyjęte cele, ambicje, motywacje i motywy), jest aktywnym uczestnikiem sesji i współtwórcą fikcji oraz fabuły, wciąż przecież całkiem przyzwoicie "gra we wcieloną rolę". Jednak nierzadko taki przypadek osoby wciąż często jest co najwyżej uznawany za "przeciętnego gracza" (przecież jest marnym aktorem! nie odgrywa postaci!). Słowny, gestykularny czy teatralny bajer jest wyżej ceniony od grania w grę. Bycie autentycznym ponad wszystko!

Branie zawodu aktora a hobbysty erpegowca jedną miarą moim zdaniem jest całkowicie błędne. Zupełnie inne założenia pracy/rozrywki. Te dwie "postawy" łączy zaledwie to, iż ta druga zawiera amatorskie aktorstwo jako ozdobnik skodyfikowanej rozgrywki. Dlatego wszelkie postulaty o odradzaniu wcielenia się w kogoś o odmiennej płci, wyglądzie fizycznym, osobowości, charakterze (etc.) traktuję i będę traktować jako poglądy szkodliwe dla erpegowego hobby. Takie postulaty głównie służą zniechęceniu graczy do grania kimś, kim by chcieli (np.: wyjść poza swoje ograniczenia i granice komfortu, przyzwyczajeń?) i najprawdopodobniej mogliby się przy tym świetnie bawić, mimo "braku należytego odgrywania barda uwodzącego księżniczki".

Pominę już stare (czy na pewno stare i nieaktualne?) opinie i historie o tym, iż graczkom zabraniało się grać walczącymi bohaterkami w fantastycznym świecie...

Teraz nie dziwię się dlaczego część potencjalnych erpegowców woli jednak odpalić jakiegoś cRPGa czy MMORPG i zagrać faktycznie kimś, w kogo chce się wcielić: te gry poza oczywistymi ramami nie mówią mu "nie jesteś skrytobójcą osobiście, więc nie możesz dołączyć w Skyrim do Mrocznego Bractwa". Gry video nie ograniczają gracza w ten sposób, w przeciwieństwie do kilku erpegowych mędrców...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz