środa, 20 lipca 2011

Eksploracja Północy w Greyhawk #2 - D&D 3.0

Wczoraj rozegrałem kolejną sesję w D&D 3.0 z tej kampanii "po lochach", z udziałem Mistrzyni Podziemi, Kingi. Rozgrywanie sesji niemalże kilka dni po dniu - przy umawianiu się raptem parę dni naprzód - przypomniało mi moje pierwsze kampanie w D&D, kiedy to wystarczył telefon czy zapukanie do drzwi z "Sesja o 11-stej", by danego dnia (tudzież następnego) pograć w RPG. 

Zamiast jednego uczestnika, do grupy dołączyła graczka ze swoją tropicielką Amarą. Ten raport z sesji napiszę w innym stylu: jako zapis z dziennika mojego bohatera. Przetestowałem ten styl pisania na prośbę MG. Jeśli wyjdzie zdecydowanie gorzej niż moje poprzednie AP-ki, pisać. W tym przypadku wezmę na przysłowiową klatę krytykę związaną z literacką formą relacji, jak i sam podchodzę sceptycznie do tego typu relacji o samych sesjach RPG. Najwyżej wrócę do typowego omawiania, co się zdarzyło w rozgrywce.



Bohaterowie Graczy:
Amara, ludzki Tropiciel 3
Argider Luken Eneko, ludzki Łotrzyk 2/Wojownik 1, zwadźca.

Hank, ludzki Łotrzyk 3, złodziej
Jorus, ludzki Czarodziej 3.
Robur, półelfi Druid 3, łowczy.


***

Gdy upewniłem się, że przez te zaklęte drzwi wrócić się nie da, podążyłem w poszukiwaniu reszty, Byli na tyle uprzejmi, by dać wskazówki, jak przejść po płytkach najeżonych magicznymi czarami obok posągu z trzema łuczniczkami. Wielokrotnie zastanawiałem się, co ja tu właściwie robię. Zamiast zysku i sławy, chodzę po tych gładkich kamiennych lochach tylko z zimowym kubrakiem oraz orkowej roboty tasakiem na dwie dłonie. 

Minąłem sadzawkę z głową barana, przypatrzyłem się jedynej pochodni na kolumnie, jaką zostawili w tym pomieszczeniu. Nie codzień widzę pochodnię palącą się niebieskim płomieniem (...) Za kolumną było nagie truchło kobiety, rozbebeszone z wnętrzności. Kątem oka zauważyłem jakiś przemykający cień w dalszym korytarzu. Widząc różne dziwy i cienie od czasu, gdy trafiłem do tych kamazatów, zignorowałem to spostrzeżenie i udałem się do sadzawki.

Czemu wspominam o tej sadzawce? Jak na podziemia, woda krystalicznie czyta - a co najważniejsze - lecząca! Baran miał w swoich oczodołach dwa rubiny. Gdy miałem zaczerpnąć kolejny łyk, dostrzegłem w sadzawce swoją twarz, która wydłużała się na wszystkie strony. Posąg zaświecił czerwonymi ślepiami. Czmychnąłem czym prędzej.

W końcu spotkałem Jorusa i Robura, którzy w pokoju z baldachimem najwyraźniej szykowali się na jakiegoś "minotaura". Nie wiem co mnie wystraszyło, gdy tylko wszedłem do tego pomieszczenia; wiem że jak wróciłem, spotkałem w tym samym pokoju także i Hanka. Podążyliśmy dalej, aż napotkaliśmy na kolejne drzwi odbiegające od korytarza.

Hank odczytał jakiś napis na gałce, informujący o jakiejś "próbie". Wiem, że ta gałka była z adamantytu; ktoś musiał wyłożyć trochę złocisza na takie zdobienia, a na lewo można byłoby upchnąć ją za pół setki. Napotkane pomieszczenie zdobione było czerwonym dywanem prowadzącym do karminowej kotary. Wspólnie odciągnęliśmy jakiegoś martwego mnicha z kikutem, który w drugiej ręce zaciskał jakieś zawiniątko. W papierze ukryty był kubek, pod którym napisano dwa słowa. Odczytałem tylko drugie: "szczęście".

Nagle jakiś kobiecy głos rozległ się zza korytarza. Ogłaszał, że zna dialekt północny, w jakim zapisano napis na kubku. Ten "duch" nie chciał się ujawnić, deklarując że nie chce zmarnować swojej magii niewidzialności. Jorus nagle się potknął i upadł na ziemię, a w chęci dorwania tego "ducha", Robur omal nie zamachnął się celnie na maga. Wtem zza kotary dobiegł inny głos. "Zagraj ze mną", głosem rodem z krypty. Miałem już dosyć niewidzialnych bytów bawiących się śmiałkami.

W czwórkę podążyliśmy dalej. Korytarz był dobrze oświetlony, a dalej dosrzegliśmy innych "ludzi". Długo nie zastanawialiśmy się, że to nasze odbicia, a druid strzelił z kuszy ku powierzchnii srebrnej. Bełt nie uszkodził lustra (...) W połowie drogi były drzwi jakby zalane kamieniem, a obok lustra - gobelin. Razem z Roburem sprawdziliśmy gobelin, który skrywał zamknięte ciężkie drzwi. Mimo, że z drewna, to tasak zrobił tylko długą wąską szparę w drzwiach.

Nie wiem, skąd nagle jakaś kobieta znalazła się w korytarzu. Hank najwyraźniej chciał ją złapać, lecz ta kopnęła go nader mocno w punkt jego inteligencji, że osunął się nieprzytomny na kamienną posadzkę. Otwieracz  zamków zaczął się później dusić, a mimo pomocy druida, stracił przytomność; gdyby nie pomoc napotkanej kobiety, najpewniej stracilibyśmy towarzysza. Nieznajoma przedstawiła się jako Amara, tropicielka, która miała znaleźć jakiś przedmiot; nie zdradziła jaki. (...) Jorus wraz z kobietą wrócili się do poprzedniego pokoju, zaś Hanka podprowadziliśmy, by otworzył nam drzwi przy lustrze.

Złodziej nie chciał nam powiedzieć, dlaczego nie chce otworzyć drzwi po rozbrojeniu zamka. Pułapek nie było. Hank szybko zwiał, a mnie i półelfowi zostało odkryć, co w tym pomieszczeniu się kryje. Otworzyłem szybko drzwi, a Robur rzucił gobelin do środka. Popełniliśmy naprawdę duży błąd, który nader fartownie przypłaciliśmy groszem. W środku były gniazda owadów, a trzy roje pędziły w naszą stronę (...) Popędziłem wzdłuż korytarza, mimo to gigantyczne owady doścignęły mnie. Ciąłem dwuręcznym szamszirem. Jeden rój popędził gdzieś dalej, zaś ja skutecznie zdejmowałem ze swoich ramion kolejne owady. Pocięcie dwóch wielkich owadów i spłoszenie drobnych w rojach kosztowało mnie kilka małych ran i zdziebko sił życiowych.

Ledwie co skończyłem bój, a druid wybiegł z pokoju pełnego owadów, ściągając za sobą cztery kolejne roje. Cudem udało nam się dobiec do pokoju z baldachimem, a najwyraźniej te owady skręciły do pomieszczenia z czerwonym dywanem...

***

Reszta drużyny (Amara, Jorus i Hank) zagrali z demonem o kubek szczęścia, który posiadali (pozwalał na podmianę jedną z sześciu kości w grze pokerowej do dwóch zwycięstw). O ile każdy z nich wygrał swój pojedynek zyskując to, co chciał (przedmioty), to Hank skuszony identyfikacją potężnej księgi jaką wygrał chciał wręczyć kubek demonowi. Magiczny pocisk od maga odbił kubek w siną dal, a demon ze wściekłości zgasił oświetlenie, otworzył drzwi i rozpłynął się w wirze. Nie muszę dopowiadać, że do nich te owady wleciały... Robur wydostał się z pomieszczenia pełnego kokonów i gniazd owadów (drzwi zamknęły się za nim) tylko dzięki Zniekształceniu drewna oraz zachowaniu ciszy do pewnego momentu.

Sesja trwała dośc krótko (trochę ponad 3 godziny), a tym razem wszelkie kłopoty postaci spowodowane były tylko i wyłącznie ich poczynaniami. Pominąwszy tropicielkę, wszystkie postacie miały mniej niż połowę punktów wytrzymałości (moja postać podleczyła sobie wodą z sadzawki na tyle, by stracić różnicę w walce z owadami) - prawie jak z Half Life'a, gdzie bohater rzadko ma pełną liczbę HP. Survivalu w podziemiach ciąg dalszy.

Tym razem ani razu nie poczułem znudzenia, choć odniosłem wrażenie, że tym razem trudno było utrzymać wszystkich przy jednym działaniu. Było pozytywnie ciężej (w obu sesjach) niż w jakiejkolwiek sesji w Warhammera w której grałem. Kombinowanie, jak nie dać się zabić (choćby tak głupio jak Hank, który miał 1 hp, a po kopniaku wykonał wyczerpującą akcję i padł) i jednocześnie coś ugrać lub choćby uratować się z tych podziemi.

Ilustracje:
1) Bee Cool, fot. Bryce Reid, http://www.flickr.com/photos/pinkyring/3790042026/ licencja CC BY-NC-ND 2.0

2 komentarze:

  1. Moim zdaniem lepiej czyta się relacje pisane okiem gracza, niż postaci. Łatwiej zrozumieć, co tak naprawdę się działo. Ale to tylko moja niereprezentatywna opinia, jako że generalnie nie lubię sprawozdań. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. @Darcane

    Zajawka do tej notki blogowej, na Polterze zyskała 5 polecanek. W porównaniu do mnie, całkiem nieźle [jak na raport z sesji]. Nie jestem jeszcze w 100% przekonany do tej nowej formy pisania, lecz pisząc prozą czułem, że trochę mniej chaotycznie przekazuję informacje. ;)

    OdpowiedzUsuń